V. OJCIEC STANISŁAW HANKIEWICZ SJ
To może jedna z najbardziej ujmujących postaci naszych pionierów. Pełen gołębiej łagodności, bardzo delikatnego podejścia i powierzchowności, raczej może nieco sentymentalny, o poetyckim nastroju i polocie. Późniejszy twórca polskiej pieśni po afrykańsku.
ŁASKA POWOŁANIA NA MISJE
Urodzony 11 lutego 1877 roku w Krysawicach koło Mościsk (Małopolska). Do Zakonu wstąpił jako konwiktor chyrowski 22 lutego 1893 roku. Po studiach święcenia kapłańskie otrzymuje 5 lipca w Krakowie w 1908 roku. Marzeniem jego jest już od wielu lat być misjonarzem na niżnej Zambezi. Toteż w parę miesięcy po otrzymaniu kapłaństwa wyrusza nad Zambezi na misje do Mozambiku w 1909 roku. Pierwej jednak dla przygotowania parę miesięcy bawi w Lizbonie, a z końcem tegoż roku przybywa na brzegi Zambezi do sławnej Boromy 4 grudnia.
Ojciec Stanisław posiadał niemały dar do pióra, więc z podróży na upragnioną misję, głównie z Chinde parowcem Zambezi do Tete, zostawił nam przepiękny opis drukowany w „Misjach Katolickich” w lipcu 1910 roku. Zacytuję więc choćby parę fragmentów z niego, które charakteryzują jego piękną, śpiewną duszę:
„Parowiec mknął szybko swobodnie po głębinie. Widoki z obu stron statku majestatyczno-dzikie. Przypomniała mi się jazda łodzią przez nasze Pieniny od Szczawnicy do Czerwonego Klasztoru, którą przed laty miałem sposobność odbyć. Piękna przyroda usposobiła mnie nieco do śpiewu, więc sobie po cichu nuciłem:
Do tej dążym Krainy
Co z brzegu czeka nas
Przez mórz i rzek głębiny
W pochmurny, słotny czas.
Byśmy tam wnet zdążyli
I nigdzie nie zbłądzili
Maryjo, Maryjo, o Maryjo świeć!
Niebo zaczęło się wypogadzać, wstał piękny poranek tak, że mogłem dalej śpiewać:
Jak cudny zórz rumieniec
W Zambezi falach drży,
A palm nadbrzeżnych wieniec
Uroczym blaskiem lśni.
W tym cudnym raju Bożym
Niech nowe życie stworzym
Maryjo, Maryjo, o Maryjo świeć!”.
Dalszy fragmencik z jego przybycia do sławnej Boromy: „Za kilka minut byłem na wielkim podwórzu, otoczonym budynkami, wśród których dominuje piękny wielki kościół św. Józefa. Na ganku domu misyjnego stał br. Franciszek Ksawery Uhlik, br. Stanisław Tomanek (Polacy) i kilku innych. Widząc mnie idącego z daleka, a nie spodziewając się dnia tego mego przyjazdu, nie poznali mnie od razu, lecz gdy stanąłem na ganku, zaraz padliśmy sobie w objęcia. Po przywitaniu się poszedłem do kościoła i gorąco podziękowałem Najświętszemu Sercu Zbawiciela i Matce Najświętszej za szczęśliwie odbytą podróż, za zachowanie mnie przy zdrowiu, za łaskę powołania na tę misję, o której od lat dziesięciu zawsze marzyłem”.
„Szczęśliwi którzy ominęli skały
A przepłynąwszy pełne zdrady wały
Na brzeg bezpiecznie zdrowie swe unoszą
I padłszy na twarz dzięki Ci zanoszą!”.
POCZĄTEK MISJI CHINGOMBE
Niedługo jednak było dane o. Stanisławowi Hankiewiczowi przebywać na upragnionej uroczej niżnej Zambezi w Boromie. Niespełna rok później (październik 1910 r.) w Portugalii wybucha rewolucja. Dalej, jak wiadomo, jej skutkiem jezuici zostają wydaleni z misji nad Zambezi, o. Stanisław Hankiewicz wraz z innymi z Boromy wraca do kraju, lecz niedługo w nim pozostaje. Po wyjeździe z Polski ojca Apoloniusza Kraupy w 1913 roku, zaraz formuje się nowa partia misjonarzy na polską już Misję, do której należy ojciec Stanisław, ojciec Felicjan Czarliński, br. Wojciech Pączka. W kwietniu 1914 roku przybywa do Kasisi, gdzie gościną u ojca Juliana Torrenda spędzają do połowy czerwca, następnie z ojcem super. Kraupą, który przybył po nich, wędrują przez Broken Hill w „przepastną krainę”, jak ją nazywają, by dać początek misji Chingombe, gdzie ma być blisko dziesięcioletnie pole jego misjonarskiej pracy. Już w Kasisi ostatni miesiąc choruje na febrę. Z Kasisi wyszedł jeszcze osłabiony, w dalszej pieszej drodze ustał, musieli go nieść na „maszyli”, ostatni kawałek przez spadziste góry stawało się to niemożliwe, musiał iść pieszo i nadwyrężył sobie nogi, na które potem długo chorował.
W ogóle ojciec Stanisław był słabszego zdrowia. Gorący klimat Chingombe i wojenne prymitywne warunki znosił ciężko, często zapadał na zdrowiu. Wreszcie zachorował na ciufe w bardzo ostrej formie, która go zupełnie zrujnowała. Wobec tego niewiele mógł się oddawać pracy misjonarskiej, która wymagała wiele pieszej podróży w dalsze tereny, co zresztą w czasie wojny było ograniczone restrykcjami. Lecz niezwykle pracuje na samej stacji misyjnej. Przybył już poniekąd jako doświadczony misjonarz z Boromy, toteż jemu zaraz zostaje oddany konwikt chłopców „arapazów” pod nauczanie i opiekę, których mimo ciężkich warunków utrzymania jest czasami ponad 20. Poza tym katechizuje dzieci, administruje w prymitywnym kościółku, pod słomianą strzechą św. sakramenty.
PRACA PISARSKA
Głównie jednak zdolny lingwista oddaje się pracy pisarskiej. Jego dziełem, pomnikiem jego misjonarskiego zawodu, jest przekład całego cyklu polskich pieśni kościelnych, kolęd, godzinek do Najświętszej Maryi Panny i wiele, wiele innych na język Njandua. Pieśni te, nasze i ich serdeczne melodie, których również był nauczycielem, jakoś dziwnie przemawiały do ówczesnej afrykańskiej prostej duszy. Śpiewane były z okropnym entuzjazmem, werwą, huraganem niemal, szczególnie cieszyły się kolędy i godzinki najwyższym wzięciem. (Podobno gdzieś tam w pierwotnym Njasalandzie [Nyasaland, w latach 1907–1953 kolonia brytyjska nad jeziorem Niasa w południowej Afryce, od 1963 roku nosi nazwę Malawi – przyp. red.] pieśni te dostały się do rąk wykształconego Afrykańczyka, który nie mógł się nadziwić i pytał się, któż to był ten ojciec Stanisław Hankiewicz, który tak głęboko wniknął w ducha naszego języka. Miał powiedzieć: „toż to nasza poezja”…). W rzeczy samej, czy to ta palma cierpliwości z godzinek, często tutaj cięta, łamana, ogniem w pożarach traw palona, a zawsze świeżo wspaniale odrasta, czy to ta lilia między cierniem na dzikich łąkach i dolinach. Czy ci trzej „Mfumowie” i „portunkowie mali” od kóz i owiec szli do Betlejem do groty szukać nowo narodzone Boże Dziecię. Wszystko bardzo żywo przemawiało do pierwotnej afrykańskiej duszy, w którą ojciec Stanisław umiał tak głęboko wnikać i do niej zastosować.
Mimo prawie stałych cierpień i osłabienia odznacza się, jak się już wspomniało, wielką cierpliwością, łagodnością, pogodą ducha i humorem. Ma cały zapas pięknych, pociesznych anegdotek, które zresztą sam komponował, do opowiadania. Miejscowym inne, w ich pojęciach, dla naszego otoczenia inne, którymi w bardzo obrazowych opowiadaniach na tym dalekim, zapomnianym, gorącym kącie Afryki, jest aniołem pocieszycielem i rozpraszającym dla otoczenia niejednej naszej myśli i przygnębienia.
WYJAZD DO POLSKI
Wyczerpany na siłach i schorowany, zwłaszcza co się już wspomniało po przejściu ciężkiej, graniczącej ze śmiercią, ciufy, jest wreszcie zmuszony opuścić Chingombe 6 sierpnia 1923 roku i przenieść się do Kasisi. Gromada czarnej dzieciarni, którą tak kochał – to z nimi ulatywały pod samo niebo melodie każdej nowo przełożonej polskiej pieśni – gromadnie ze śpiewaniem odprowadziły go aż pod same góry, a tam ich serdecznie pożegnał. Więcej już nie mieli się widzieć wzajemnie.
Przyszedłszy do Kasisi, spędza tam przeszło jeszcze rok. Jest przełożonym, zawiaduje budową nowego domu – obecnego – prowadzi kursy katechistów, a pracuje nad układem dla nowych misjonarzy, nad gramatyką polsko-nijandzio.
Mimo łagodniejszego klimatu w Kasisi zdrowie jego jest jednak marne, liche pożywienie, prawie stała chroniczna malaria. Wobec tego w drugiej połowie 1925 roku wyjeżdża do Polski dla poratowania zdrowia w rodzinnym klimacie. W Polsce odrodzonej nie traci czasu i dalej pracuje dla misji. Wykańcza i wydaje drukiem wspomnianą gramatykę, podróżuje po całym kraju z mnóstwem odczytów o Polskiej Misji. Wygłasza okolicznościowe misyjne kazania, bierze liczny udział w zjazdach misjologicznych, nawet wspólnie z ojcem Józefem Krzyszkowskim SJ, redaktorem „Misji Katolickich”, wydaje wielce interesującą broszurę o naszej Misji.
Z poprawieniem się jego zdrowia na rodzinnej ziemi, tęskni do misji i prosi przełożonych, by mógł tam wrócić i już bezpowrotnie. Prośba jego zostaje przyjęta pod koniec roku 1927. Przygotowuje się nowa partia misjonarzy w Krakowie na wyjazd do Afryki. Na jej czele staje ojciec Stanisław Hankiewicz. Jego współtowarzysze wyprawy są bardzo zadowoleni, że będzie im przewodniczył już weteran misjonarz w tę daleką, nieznaną drogę i nieznany nowy afrykański świat. Niestety pod koniec roku, gdy wyprawa była już bliska wyjazdu, ojciec Stanisław Hankiewicz zaczyna poważnie chorować. Okazuje się nowotwór na wątrobie, na co nie ma ratunku. Po trzech miesiącach wielkich cierpień, które znosił z jakąś dziwną pogodą ducha, zmarł cicho 14 marca 1928 roku w Krakowie, w 51. roku życia.
Nie było dane autorowi pierwszej polskiej pieśni po afrykańsku, czego jeszcze tak pragnął, złożyć swoich kości na pośmiertny spoczynek w afrykańskiej misyjnej ziemi. Pamięć o nim w misji po dziś dzień, po tylu już latach, jest jeszcze żywa, zwłaszcza w jego wiekopomnym dziele.
Requiescat in pacem.
Br. Józef Boroń SJ
ARTYKUŁ OJCA STANISŁAWA HANKIEWICZA SJ
DRUKOWANY W MIESIĘCZNIKU „MISJE KATOLICKIE”, STYCZEŃ-LUTY 1921,


























