VI. OJCIEC FELICJAN CZARLIŃSKI SJ
Piąty z pionierów naszej misji. Urodzony 7 lipca 1868 roku w Brachmówce pod Toruniem. Do zakonu wstępuje 14 czerwca 1888 roku, a w 1902 zostaje wyświęcony na kapłana. Za młodych lat pracuje na misji rumuńskiej, następnie pełni obowiązki profesora naszych kleryków w Starej Wsi. Dalej jest jeszcze przełożonym Domu Rekolekcyjnego w Dziedzicach jako pierwszorzędny rekolekcjonista.
W późniejszym już wieku, bo z górą po czterdziestce, wraz z ojcem Stanisławem Hankiewiczem w 1914 roku wyjeżdża na naszą nowo powstałą Polską Misję do Afryki. Superior Misji ojciec Apoloniusz Kraupa bardzo się cieszy z jego przybycia. Jak się wyraża w jednym z listów, „jest to wielki czciciel Bożego Serca i umie się modlić, co na misjach jest bardzo ważne”. W rzeczy samej ojciec Felicjan jest to poważna zamyślona postać! Na ogół w niedługim jego misjonarskim życiu, od pierwszej chwili do końca, jeżeli można się tak wyrazić, uwieńczona cierniem przytłaczającej troski i niemałego utrapienia.
OKOLICA CHINGOMBE
Po przybyciu do Afryki na przeznaczone miejsce obejmuje przełożeństwo w dalekim i trudno dostępnym zakątku Afryki nowo powstającej stacji Chingombe. Gdy miesiąc później w Europie wybucha wielka pierwsza wojna światowa, która jednak w swoich skutkach zaraz z miejsca tak ciężko zaważyła na losach początkującej stacji, hamując jej wszelki rozwój nie tylko na miejscu, lecz szczególnie w dalszych rejonach zamierzonego terenu, szczególnie wspomniane restrykcje ruchu paraliżują niemal wszystko. Ojciec Felicjan Czarliński jako przełożony, borykając się z największymi trudnościami i wielkimi brakami, by wprost jakoś utrzymać życie i przetrwać na tym pustkowiu, ale zarazem cierpi na tym wiele, że prawie taka bezczynność, na szersze pole, a szeroki teren misyjny leży dzikim odłogiem, a ten czarny ludek ginie w mrokach pogaństwa! Co więcej, dochodzą wieści, że niczym nieograniczone sekty protestanckie wciskają się wszędzie, ubiegają, zajmują teren i bałamucą odwodzeniem od prawdziwego Kościoła.
Bezczynny, z załamanymi rękami jednak nie jest. Chociaż, jeśli można się tak wyrazić, choćby w podwórkowym zasięgu, mimo wszelkiego ubóstwa wprost wobec nędzy, na miejscu organizuje szkółki dla najbliższych wiosek, nawet mały konwikt jest dla chłopców na samej misji itp., a wszystko to na utrzymaniu i kosztach samej misji, której zasoby są prawie żadne. Od ust sobie odejmowano lichy kąsek, aby tylko światło wiary promieniowało z tej pionierskiej ukrytej w dziko porosłej gąszczem górki.
Ojciec Felicjan jest wielkim obserwatorem i miłośnikiem przyrody afrykańskiej – flory i fauny, tutejszych pór roku, jak również zainteresowany w jej geografii i geologii. W swoich tekstach pozostawia nam trafny opis okolic Chingombe i pierwotnego położenia misji. Choćby fragmencik z tego.
„Prześliczna jest okolica Chingombe. Całą dolinę rzeki Lukusashi i dolny bieg Lunsemfwy – opisuje o. Felicjan Czarliński – niegdyś zalewało podobno olbrzymie jezioro. Teraz pozostała po nim tylko żyzna dolina i wały gruzów kamiennych, wybiegających w dolinę od zachodu i od wschodu niby palce u ręki. Właśnie na końcu jednego z takich wałów, przyczepionych do zachodniego brzegu doliny, wznosi się chingombiańska stacja na wysokości 1500 m nad poziom morza. Wokół wiszą ostre szczyty górskie o prostopadłych ścianach, tonących gdzieś w głębi parowów, w których szumi rzeczka Chingombe i inne dopływy Lukusashi. W dolinach wałęsają się całe stada bawołów, pasą antylopy, chodzą samopas dziki o kłach wielkich jak rogi naszej krowy, uroczystą ciszę przerwie tylko od czasu do czasu wrzask pawianów”.
SZEROKIE POLE MISYJNEJ PRACY
W końcu i wojna się kończy, następują lepsze, lżejsze warunki przynajmniej nadzieja na nie. Po zniesieniu dla naszych misjonarzy ograniczeń ruchu, ojciec Felicjan Czarliński wyrusza zaraz z Chingombe w dalekie mierzeje, przynależne pola misyjne dla rozpoczęcia na szerszą skalę misjonarskiej siejby. Zwiedza wioski w najdalszych zasięgach stacji Chingombe, zabiega w nich o zakładanie szkół i układa plany do przyszłej misjonarskiej akcji. W początku grudnia 1919 roku otrzymuje z Katondwe list, by tam natychmiast przybył, ojciec superior Apoloniusz Kraupa jest umierający i wzywa go do siebie. Ojciec superior Apoloniusz Kraupa ojca Felicjana był wielkim przyjacielem, zaufanym powiernikiem i wielkim ile możności wspomożycielem. Ojciec Felicjan Czarliński po otrzymaniu listu zaraz opuszcza Chingombe. Do Katondwe przybył 14 grudnia, kiedy ojciec Apoloniusz Kraupa już od paru dni był w grobie.
Ojciec Apoloniusz Kraupa umierając w ręce ojca Felicjana Czarlińskiego zostawił przełożeństwo misji. W dwa dni później umiera tamże, w Katondwe po przybyciu ojca Felicjana Czarlińskiego, ojciec Władysław Bulsiewicz. Można sobie wyobrazić, jaki smutek i przygnębiający krzyż przy objęciu steru skołataną misją. Śmierć tych dwóch, na tak małą liczbę dzielnych misjonarzy i szerokie pole pracy, zaważyła ciężkim wyłomem na losach misji, a jej sternika obarcza przytłaczającym ciosem. Lecz nie traci ducha. Postanawia mimo wszystko kontynuować zamierzenia swego zmarłego poprzednika. Przyświeca mu nadzieja, że wkrótce przybędą nowi misjonarze z Polski. Pierwszym jego usiłowaniem jest ruszyć z martwego punktu i wojennego zastoju kochane Chingombe. Wysyła tam zaraz jednego z najdzielniejszych misjonarzy, ojca Lazarewicza. Po skończeniu pory deszczowej następnego roku sam również się tam udaje, zabiera ze sobą z Katondwe brata Leona Kodrzyńskiego do Chingombe na stałe. Na miejscu z ojcem Janem Lazarewiczem i bratem Leonem Kodrzyńskim układa plan dalszego rozwoju.
Nowo spodziewani misjonarze nie przybyli jednak tak prędko. W nowo powstałej Polsce również wielka powojenna bieda, wojna bolszewicka… Z powstaniem Polski Prowincja się bardzo poszerzyła, a brak zarazem także ewangelicznych pracowników, do tego na wyjazd nowych misjonarzy brak także gotówki. Tymczasem w Katondwe, które od początku założenia w pracy misjonarskiej i rozwoju wzięło intensywny rozwój, obecnie spoczywa głównie na barkach ojca Augustyna Wilhelma, który zapada raz po raz na zdrowiu. Wreszcie jednak w maju 1921 roku przybyli nowi misjonarze z Polski do Katondwe. Ojciec Jan Spendel, Waldemar Seidel i dwaj bracia z nimi. Przybycie nowych misjonarzy ożywiło ojca Felicjana Czarlińskiego, natchnęło nadzieją. Raz jeszcze wizytuje Chingombe, zarazem zaprowadza tam nowo przybyłego brata Andrzeja Jędrzejczyka, tęgą głowę i energiczną rękę. Cieszy go w Chingombe rozwój i ruch.
Wraca ojciec Felicjan z powrotem do Katondwe. Po powrocie obmyśla i organizuje wyprawę do Kasisi z wizytacją, a głównie dla dalszego pchnięcia misjonarskiej akcji w rejonach koło linii kolejowej, przeniesienia centralnej stacji w jej pobliże, a zarazem założenia gdzieś głównej szkoły dla wychowania i kształcenia katechistów. I jedno, i drugie było zamiarem śp. ojca Kraupy. Tymczasem ojcowie Waldemar Seidel i Jan Spendel w Katondwe przygotowują się do pracy misyjnej, uczą się przede wszystkim języka i w ogólności chociaż z wielkimi brakami misyjne sprawy zaczynają nabierać właściwego kierunku. Niestety jednak, jak pisze w pośmiertnym wspomnieniu ojciec Jan Spendel, ojciec superior Felicjan Czarliński wrócił z Chingombe jakiś niezdrów. Był blady coraz bardziej osłabiony, mało jadał, smutny i przygnębiony! Zapewne było się czym martwić. Żniwo zaiste na przydzielone olbrzymie misji tereny, które ojciec Felicjan Czarliński jako ich sternik w myśli obejmował, zdawał sobie sprawę z zadania, a pracowników było tak znikomo.
SŁABOŚĆ I WZMAGAJĄCA SIĘ CHOROBA
Mimo że w chwili wyjścia nie czuje się całkiem zdrowo, z początkiem sierpnia wyrusza do Kasisi, bo zresztą tragarze byli już zamówieni, zbliżała się zarazem pora gorąca, zresztą obowiązek wołał, zabierając ze sobą do Kasisi jako nową tam obsadę br. Longę, gdzie miał już pozostać. Droga z Katondwe do Kasisi, oczywiście wówczas pieszo i rowerem, zabierała przez dzikie lasy, skaliste góry, wydeptaną murzyńskimi bosymi nogami krętą wąską w pojedynkę ścieżynę około 10 dni.
Wkrótce jednak w drodze ojciec superior Felicjan Czarliński zaczął się czuć coraz bardziej osłabiony, często musiał spoczywać, raz nawet spadł z roweru. Wracać jednak nie chciał. Myślał, że to chwilowe, jak to już nieraz bywało, i że to przejdzie. Z wysiłkiem szedł dalej. Słabość i wzmagająca się choroba nie przechodziły jednak, gdyż naraz okazały się objawy strasznej czarnej febry. Zaraz też ze swych ludzi wysłał posłańca do Katondwe, ale szedł jeszcze dalej do wioski Kasanje, gdzie na boku wioski była komisarska chatka, słomiany daszek na palikach, tzw. hultax, i tam się pod tym daszkiem przy pomocy br. Jakuba Longi ułożył, wiedząc, czym jest czarna febra, gotując się na śmierć.
Będąc zawsze we wszystkim bardzo dokładny i sumienny, zwłaszcza w rzeczach piśmiennych, popisał jeszcze listy do ojca Kaspra Moskoppa w Kapoche o swoim stanie, a na wypadek zgonu jemu polecił na razie do dalszego rozporządzenia opiekę i zarząd nad całą misją. Dalej do Salisbury do Prefekta Apostolskiego monsigniora Edwarda Parry’ego, nawet do banku w sprawie jakiejś pieniężnej kwoty. Sroga choroba obejmowała coraz dalej jego cały organizm i umysł, wobec bezradnego brata Longi.
W piątek wieczorem przybył goniec z Katondwe z pewnymi jeszcze lekarstwami, za którym pospieszał ojciec Jan Spendel. Po zażyciu lekarstwa nastąpiła pewna ulga w chorobie, jednak wkrótce powrócił silny atak febryczny. Ojciec Felicjan Czarliński, widząc, że koniec się zbliża, mówił, że to ostatni już atak. Wkrótce utracił przytomność, nastąpiły tylko gorączkowe majaczenia, chociaż w króciutkich przerwach odzyskiwał przytomność. Następnego dnia rano 13 sierpnia, sobota, br. Longa poszedł z naczyniem zapewne gdzieś do strumienia przynieść wody, gdy wrócił około 6.00, ojciec Felicjan Czarliński już nie żyły. Zmarł w 53. roku życia. Po paru godzinach przybył wielce zmęczony i zdrożony ojciec Jan Spendel z Katondwe – było już za późno.
WIELKA DLA MISJI STRATA…
Po wylaniu gorzkich łez wzajemnie z br. Longą, łez żalu nad tak wielką dla misji stratą, zajęli się pogrzebem. Grób wykopano pod wielkim baobabem, a trumnę zrobiono murzyńską z łodyg mapiry – Kangare i w niej złożyli do grobu ojca Felicjana Czarlińskiego, który padł prawdziwie żołnierską, pionierską, misjonarską śmiercią. Bez zaopatrzenia św. sakramentami, w podróży misyjnej, w ubóstwie i opuszczeniu, w pogańskiej wiosce na dalekiej skwarnej obcej dzikiej ziemi, na podobieństwo św. Franciszka Ksawerego, do którego zmarły żywił wielką cześć i nabożeństwo.
Requiescat in pace.
(Później zwłoki ojca Felicjana Czarlińskiego z Kasanje zostały przeniesione do grobowca w Katondwe). Na śmierci ojca Felicjana Czarlińskiego zakończymy jakby pierwszy rozdział czy cykl dziejów naszej Misji.
Br. Józef Boroń SJ


























