WIEŚCI Z MARANY.
ROŚNIE SANKTUARIUM BŁ. JANA BEYZYMA!
„Marana to miejsce cudów” – mówią ludzie, którzy byli tu chociaż raz i mieli szczęście chodzić po tym skrawku ziemi umiłowanej przez naszego wielkiego Rodaka – bł. Jana Beyzyma. Ci, którzy modlili się w szpitalnej kaplicy przed obrazem Jasnogórskiej Pani, a także przy sarkofagu, w którym spoczywają doczesne szczątki Ojca Jana – Apostoła Trędowatych. To właśnie w tym miejscu gasnące nadzieje ożywają na nowo. To tutaj, przez wstawiennictwo naszego Błogosławionego, ludzie wypraszają łaskę uzdrowienia z chorób ciała i duszy. Tak jest w Maranie codziennie, ponieważ Ojciec Jan – jak za życia – wstawia się do Pana za każdym, kto potrzebuje pomocy i szczerze o nią prosi. Ja, jako kapelan szpitala w Maranie, doświadczam tego wstawiennictwa na każdym kroku. Przez jego ręce moje prośby płyną do Maryi, a Ona zanosi je dalej – do Syna.
WIEDZIAŁEM TYLKO JEDNO…
Przed paroma laty, kiedy narodził się pomysł budowy sanktuarium, wiedziałem tylko jedno: „Jeśli Pan Bóg tego chce, to sanktuarium powstanie”. Choć wielu próbowało mnie od tego pomysłu odwieść, choć przestrzegali, że nie dam rady, nie traciłem nadziei. Odpowiadałem: „Może i będzie trudno, ale spróbuję. Jeśli sanktuarium powstanie, będzie to cud. Wyproszony, oczywiście, za wstawiennictwem bł. Jana Beyzyma”.
Od pomysłu do realizacji – jak wiadomo – droga bardzo daleka. Tak było też i w tym przypadku. Nadziei jednak nigdy nie straciłem.
Na miejsce budowy wybrałem teren poza murami szpitala – górzysty, skalisty i porośnięty lasem – bo lokalizacja w innym miejscu była niemożliwa. Rozpocząłem też zbiórkę funduszy na ten cel. Dzięki wielkim sercom i hojności moich Rodaków, z kraju i spoza jego granic, środki na koncie powoli rosły i można było wreszcie przystąpić do przygotowywania placu pod budowę. Wyrąbaliśmy kawał lasu, skuliśmy trochę skał, zniwelowaliśmy teren. Trwało to prawie dwa lata, ale – z Bożą i ludzką pomocą – udało się oczyścić i przygotować plac.
Ponadto w trakcie tych robót pozyskaliśmy sporo materiałów (kamień, drewno), które bardzo się przydały w kolejnych działaniach. Dzięki temu mogliśmy na początek wybudować pokaźnych rozmiarów kamienny amfiteatr dla osób, które w przyszłości będą uczestniczyły w Mszach polowych. Kamienia wystarczyło również na fundamenty świątyni i umocnienie drogi. W tym pierwszym etapie zrobiliśmy również wykopy pod fundamenty sanktuarium. Dzisiaj mogę powiedzieć, że to naprawdę był cud za wstawiennictwem Ojca Jana, bo to, co niemożliwe, stało się możliwe.
Kiedy jesienią 2025 roku poświęciliśmy plac budowy i wmurowaliśmy kamień węgielny, płakałem ze szczęścia.
PRACOWITE PÓŁROCZE
W pierwszych dniach marca 2026 roku, kiedy minął już sezon występowania na tym terenie groźnych cyklonów, mogliśmy rozpocząć budowę. Miałem już gotowy plan przygotowany przez tutejszego architekta i budowniczego. Zatrudniłem więc inżyniera (wykonawcę tego planu) i około dwudziestu robotników. Z najlepszej miejscowej cegielni dostarczono nam cegłę. Kupiłem też cement oraz inne potrzebne materiały i narzędzia. Pogoda sprzyjała, więc prace szły szybko. Zaledwie pół roku później mury świątyni są już prawie gotowe. Zrobiliśmy wylewki pod wieże (także ich konstrukcję), więc i one wkrótce powinny wystrzelić w niebo. Zamówiłem dobrej jakości blachę, więc niedługo będzie gotowy również dach. Musimy się spieszyć, bo pod koniec października zacznie się pora deszczowa, więc trzeba tę budowlę przykryć dachem, by można było prowadzić prace w jej wnętrzu. Jeśli to się uda, będzie to kolejny cud bł. Ojca Jana.
TYLKO RĘCE
Sanktuarium, jak na nasze możliwości i warunki, będzie obiektem dosyć dużym. Wydawać by się więc mogło, że potrzebne są do jego powstania wielkie maszyny czy urządzenia. Nic z tego! To nie do uwierzenia, ale – naprawdę – na budowie nie było i nie ma ani jednego dźwigu, betoniarki, koparki, taśmociągu czy innego tego typu sprzętu. Wszystko, dosłownie WSZYSTKO, robimy ręcznie. A robotnicy wkładają w to nie tylko fizyczny wysiłek, ale przede wszystkim serce.
Kiedy przyglądałem się murarzom, nie mogłem się nadziwić, że – bez żadnego podnośnika czy taśmociągu – cegły sprawnie wędrują w górę. Robotnicy po prostu rzucają je z rąk do rąk. I robią to tak sprawnie (prawie jak wytrwani żonglerzy!), że ani jedna cegła nie spadła na ziemię. A tych cegieł zużyliśmy do tej pory ponad siedem tysięcy sztuk. Będzie ich więcej, bo mury mają być wykończone specjalną, ozdobną cegłą (tzw. dziurawką).
Praca na budowie jest ciężka, ale robotnicy nie narzekają. Cieszą się, że oprócz wypłaty dostają także codzienny posiłek. Przygotowaniem tego posiłku zajmuje się jeden z pracowników.
Do tej pory wszystko idzie zgodnie z planem. Planowo otrzymujemy też zamawiane materiały. No i trzeba zaznaczyć, że na budowie nie było żadnego, nawet najmniejszego wypadku. Jestem pewien, że to właśnie Ojciec Beyzym nad tym wszystkim czuwa.
GDYBY NIE SERCA POLAKÓW…
Cieszę się, że sanktuarium rośnie jak na przysłowiowych drożdżach, ale – patrząc na te mury – wzruszam się do łez, podobnie jak Ojciec Beyzym, kiedy przeszło 120 lat temu budował szpital w Maranie. Wzruszam się, bo wiem, że to dzieło powstaje dzięki moim ukochanym Rodakom: Braciom Polakom z kraju, ze Stanów Zjednoczonych, z Australii i innych zakątków świata, gdzie rzucił ich los. To dzięki ich wielkiej hojności marzenia stają się rzeczywistością.
Na budowę i wyposażenie sanktuarium od kilku lat płyną datki, ale nie tylko datki. Im bliżej końca, tym więcej osób troszczy się o to, by i we wnętrzu świątyni było pięknie. Otrzymuję wiele darów od przyjaciół, znajomych i nieznajomych, od tych, którym zależy, by nasz Wielki Rodak został godnie upamiętniony tu, w Maranie, i by to miejsce przypominało światu o Miłosierdziu i Miłości Boga, które objawiły się właśnie przez posługę bł. Jana Beyzyma na tym skrawku malgaskiej ziemi.
Otrzymałem już trzy piękne żyrandole, wieczną lampkę, trybularz, kielich i różne paramenty kościelne. Mam obraz Matki Bożej Częstochowskiej, który ozdobi prezbiterium świątyni. W trakcie malowania są stacji Drogi Krzyżowej. Jestem ogromnie wdzięczny za te wszystkie dary, bo dzięki nim sanktuarium będzie jeszcze piękniejsze niż sobie wyobrażałem. Owszem, potrzeb jest i będzie jeszcze wiele, ale wierzę, że Matka Boża Częstochowska, która jest Gospodynią Marany, we wszystkim dopomoże. Ojciec Jan budował szpital w czasach o wiele trudniejszych niż dzisiejsze i dał radę. Dał radę, bo zaufał bezgranicznie Jezusowi i Maryi. Ja także ufam.
W przyszłym roku będziemy obchodzić dwudziestopięciolecie beatyfikacji Ojca Beyzyma. Bardzo chciałbym, by sanktuarium było gotowe na tę uroczystość. Żeby w tym miejscu – jak dotąd – każdego dnia działo się jeszcze więcej cudów. Czy zdążymy? Jeśli Pan Bóg pobłogosławi, na pewno tak.
Kochani moi Rodacy – z kraju i spoza jego granic – byłbym największym na świecie niewdzięcznikiem, gdybym nie podziękował Wam za to wszystko, co robicie dla nas – dla szpitala w Maranie i dla sanktuarium. Za dary serca (zarówno te wielkie, jak i każdy „wdowi grosz”), za modlitewne wsparcie, za ogromne zaangażowanie w to wielkie, nasze wspólne dzieło. Otaczam Was modlitwą każdego dnia. Robię to sam, a także razem z moimi podopiecznymi, pacjentami szpitala w Maranie. Dziękuję Panu Bogu za to, że daje mi siłę i odwagę do pracy. Dziękuję przede wszystkim za Was, bo bez Was, bez Waszego wsparcia niewiele mógłbym zdziałać. Dziękowałem, dziękuję i dziękować nie przestanę do końca moich dni. Zawsze byliście, jesteście i będziecie w moim sercu, pamięci i modlitwach.
Z ogromną wdzięcznością
o. Józef Pawłowski SJ
– kapelan szpitala w Maranie na Madagaskarze


























